Ślubny exploding box

Ślubny exploding box

Jak ja uwielbiam takie prace, przy których, mogę dzióbać i dzióbać, że te tworzenie nie jest narzucone przez kogoś, tylko ja sama sobie ten temat narzucam, i że nigdy nie wiem, jaki będzie efekt końcowy. Takie tworzenie uwielbiam!
Ten exploding box powstał właśnie na takich warunkach. Cały tydzień nad tym pudełkiem pracowałam (oczywiście gdybym miała możliwość zrobiłabym znacznie szybciej), nie wykorzystałam ani jednego gotowego elementu, wszystko wycinałam sama, łabędzie stworzyłam z masy chlebowej... no po prostu jestem zadowolona. I szczęśliwa. Tworząc czuję się szczęśliwsza.
Pudełko ma podwójne kartki, i skrytki; jedna na pieniądze, druga na życzenia... tak sobie myślę, oglądając zdjęcia (bo one jednak skromne są, nie oddają całej wyjątkowości - tych zgrubień, trawy sterczącej, ciężaru stron, błyszczących elementów...), że jednak by poczuć jak bardzo wyjątkowa jest ta "kartka", trzeba by było ją mieć choć na chwilę w dłoniach. No ale dobrze, koniec gadania, pokazuję mój kolejny  (tzn. trzeci) exploding box.
Jeden z nich można zobaczyć Tutaj










O tym jak to mnie nie ma

O tym jak to mnie nie ma

Witajcie. W sumie nie wiem, za bardzo od czego zacząć, by w jakiś sposób wytłumaczyć moją nieobecność, przydługą. Przyznam się się też, że naszły mnie myśli by zrezygnować, bo przecież ten blog powstał by pokazać moją twórczość... a od kilku miesięcy mojej twórczości brak. Coś tam maznęłam pędzlem w czerwcu, gdy miałam chwilę dla siebie, ale to było w czerwcu i stan ten trwał jeden dzień, nie do końca zresztą. Nie żartuję. Prawda też jest taka, że gdybym nie zgrała zdjęcia do komputera, to tego postu by nie było. Wśród zgrywanych zdjęć bowiem wyłoniłam te z malowanymi deseczkami - przypomniałam sobie, że kiedyś tam miałam chwilę, którą spożytkowałam na malowanie. Szkoda, że nie było czasu na więcej, może udałoby mi się coś lepszego namalować?
Ale właśnie się zbuntowałam, i piszę do Was zanim pochłonie mnie bycie mamą. Jak nie odważę się opublikować ten post, to nie wiem czy uda mi się kiedykolwiek.
A swoją drogą czy Ktoś mnie jeszcze pamięta? Czy mój post trafi w próżnię - bo przecież zaniedbałam nie tylko ten blog, ale zwłaszcza Was...
... rodzi się też myśl, by powstało nowe miejsce, w którym będę mówić, co się u mnie dzieje, a przecież się dzieje, mimo, że to wcale, a wcale nie jest tworzenie








Moje pierwsze malowane jajo gęsie

Moje pierwsze malowane jajo gęsie

Witajcie! Jak w tytule, moje pierwsze malowidło na jaju, miało ich być 15, ale oczywiście, nie miałam szans na to by na nich cokolwiek namalować. U mnie nic się nie zmieniło, nadal nie ma miejsca na twórczość w moim życiu.... powinnam zamieścić jakiegoś smutasa, bo jednak tworzenie jest dla mnie ważne... ale.... ale święta się zbliżają, to są święta radości, nie powinno być miejsca na smutasy... a te jajko wymęczone jest dosyć mocno, malowałam je tydzień (powinno zająć godzinę max).
Dziś tak krótko, bo w kuchni jestem potrzebna (i w każdym innym pomieszczeniu w domu :)
chciałabym życzyć Wam wspaniałych, radosnych świąt Wielkiej Nocy, niech one trwają w zdrowiu, w spokoju bądź szaleństwie, jak kto woli. Błogosławieństwa Bożego Wam życzę...Wesołych Świąt! ;)








Śpiąca ruda kita

Śpiąca ruda kita

Powiem Wam, że z lekkim zdumieniem przyjmuję fakt, że mamy marzec, jestem mocno spóźniona ze wszystkim, ten lisek, który za chwilę pokażę, miał być dodany w lutym..... stop! Nie będę narzekać, powinnam się cieszyć, że w ogóle dane mi było go pokazać! O, takie nastawienie usprawiedliwia wszystko, prawda?
Dziś nie będę przedłużać, muszę pędzić zrobić obiad, by starsze mogło się najeść gdy wróci z baletu. Obiad pewnie skończę o 18.00, więc raczej obiadokolacja to będzie - no trudno, nie wiem jak u Was, ale ja jak zwykle miałam do wyboru: dokończyć naszyjnik, zrobić jemu zdjęcia, obrobić, napisać post czy.... zrobić obiad. Dziś priorytety się zmieniły :D
Miałam nie przedłużać, sorryyy ....
I jak Wam się podoba?












Lisek

Lisek

Naprawdę, sądziłam, że następną rzecz jaką pokażę , tu na blogu, zaraz po łyżwach,  to będzie koszulka dla mojej Martyny, z Krainą Lodu. Za bardzo nie potrafię nadążyć za tą bajką, po raz setny córce tłumaczę, że nie ma mowy o sukience z tej bajki, o rajtuzach, o kurtce, spodniach, szaliku, czapce, linijce, gumce, spince, okularach... itd. To jakiś koszmar, gdyby mogła, to by wszystko  miała z tej bajki. Na razie nie ma nic. Długo się broniłam... i chyba poległam, bo dłonie mamy już uściśnięte w imię wzajemnego porozumienia... znaczy się, będę malować Elzę z Krainy Lodu. I teraz pytanie, które sobie zadaję; czy jestem słaba, że się poddałam, czy jestem dobrą mamą i zamierzam spełnić życzenie dziecka? I też się zastanawiam; gdybym przyjęła wersję pierwszą, to czy ta słabość.. to nie czasem słabość do tworzenia? Bo jak się okazało, że tę nieszczęsną Elzę mam sama namalować, to jakoś łagodniej na nią spojrzałam ;)
Rzecz ma się podobnie z liskami... pewnie zauważyłyście, że wszędzie są liski? Wiele osób tworzy liski, znajdują się one na pościeli, na koszulkach, w biżuterii, na kartkach, maskotki, w biżuterii .... i  gdyby nie pewna osoba, jakoś te liski by mnie ominęły, i niby się  broniłam, ale wygląda na to, że słabo.... ;)





Copyright © 2014 sylwiitwory , Blogger