Ileż się ten chłopak przy tym gotowaniu nagadał, to moje, i jego, i Siostry, co pałeczkę w mówieniu na ten dzień Mu dała.
Aż mi szumi jeszcze od tego paplania. Choć to było kilka dni temu.
Zebraliśmy się w kuchni, by niespodziankę Tacie zrobić, zupę, co ją tak okropnie "nie lubi", pytał się ostatnio, kiedy będzie.
To mu ją zrobiliśmy, sobie też w zasadzie.
Przepis na nią wychwyciłam od znanej blogerki, co zajmuje się kuchnią wegańską. Mimo, że w tej mojej kuchni najczęściej tworzę swoje własne przepisy, na zasadzie otwórz lodówkę, i spróbuj zrobić coś z niczego, tak od czasu do czasu, celowo szukam jakiegoś przepisu cudownego w internecie. I robię, testuję, ale nigdy nie wracam ponownie, bo tyle tych przepisów jest przecież, co chwila przebywa nowy. Życia nie starczy by wszystkie wykorzystać.
Ale jest jeden wyjątek. Ta zupa co ją zrobiliśmy, to chyba od dwóch lat, 2- 3 razy w roku jest robiona. Tak pyszna. Minimalnie zmieniłam proporcje, bo tu chodzi o TEN smak, jaki dają przyprawy i wszystko, co wymyśliła autorka... czyli zamiast 2, to 3 ziemniaki, lub 4 nawet, zamiast kuminu, którego nie znosimy wszyscy w domu, zamieniłam na kminek, którego nie lubi tylko mąż :)
Idzie się najeść jedną porcją. Gęsta zupa kokosowa od Vegan Nerd
Ziemniaki i marchew obierz, umyj a potem pokrój na podobnej wielkości kostkę. Na rozgrzanym oleju, w garnku podsmaż cebulę pokrojoną w drobną kostkę, dodaj wszystkie sypkie przyprawy (najlepiej przygotować wymieszane w osobnym pojemniku) i ciągle mieszając, by się nie przypaliły (to ważne, bo mogą być gorzkie) smaż 3 minuty. Dodaj warzywa i smaż mieszając 30 sekund, zalej bulionem/wodą. Podgotuj trochę (autorka w przepisie zaleca wsypać od razu soczewicę, ja trochę inaczej, daję później, do 10 minut, nie lubimy rozgotowanej soczewicy). Dodaj przecier pomidorowy i gotuj aż warzywa zmiękną. Następnie dodaj mleczko kokosowe, dopraw solą do smaku. Na sam koniec dodaj poszatkowany szpinak, gotuj do 2 minut, aby zmiękł zachowując przy tym intensywny zielony kolor. Podawaj z makaronem ryżowym
...A Zabrze, nie jest aż daleko ode mnie, więc przemogłam się i pojechałam.
Zostawiłam chorą Martynkę w domu - która naturalnie zachorowała na dzień dobry... a swoją drogą, czy Wy też tak macie, że jak gdzieś musicie jechać, coś macie do załatwienia, czekacie na Ten dzień długo, i kiedy Ten dzień w końcu jest, to... drzwi wyjściowe się zacięły, z auta wyciekło paliwo, samochód dostawczy zatarasował wyjazd, a kierowca poszedł po bułki do sklepu, albo dzieci, jakby jakiś nadajnik miały wczepiony, który wyłapuje wszelkie odchylenia od normy (sprawę do załatwienia jaką ma rodzic, wyjazd - to te odchylenia rzecz jasna )...
Moje mają.
Więc córka mi zachorowała.... gryzłam się strasznie, już miałam pisać, że niestety nie mogę... ile już takich maili w swoimi życiu pisałam, że ho ho ho, że nie mogę, że dziecko, że dzieci, że przepraszam, że w ostatniej chwili...
Ale tym razem... tym razem zostawić też zechciałam Przemka zdrowo dokazującego z Tatą, który na tę moją wyprawę, zmuszony był zostać w domu. Choć stwierdził, że robi to z wielką przyjemnością.
Przeżyli.
Ja też w sumie.
Moja pierwsza kobieca wyprawa od wielu lat, nawet nie jestem wstanie napisać od ilu. Zresztą nieważne to jest. Bardziej zajmuje mnie myśl, że w końcu... W KOŃCU wyszłam do ludzi! :):):)
I mam nadzieję, że to będzie przełom, choć po dzisiejszym dniu, który zbliża się ku końcowi, mam wrażenie, że te spotkanie, o którym piszę, odbyło się nie wczoraj ale w ubiegłym tygodniu.
Mówię o spotkaniu autorskim z Julią Rozumek, z okazji Dnia Kobiet.
Spotkanie odbyło się w Sztolni Luiza w Zabrzu. Nawet nie wiedziałam, że to tak ciekawe miejsce. Tutaj jest link do strony sztolni. Mamy w planach - wszyscy, rodzinnie - zwiedzić ją jeszcze w tym miesiącu, więc może się zdarzyć, że napiszę na jej temat więcej. Ale już teraz wspomnę, że to, co mają, a raczej oferują,zrobiło na mnie wrażenie, na przykład oferta edukacyjna o Tutajjest niezwykle bogata a dokładniej, bardzo bardzo ciekawa.
Wracając do powodu tego mojego osobistego zamieszania.
Julia jest żywiołową kobietą, pełną ekspresji. Przy tym skromną. Mówi, że nie może pojąć, dlaczego tylu ludzi chce przyjeżdżać na spotkania, by ją wysłuchać, co ma do powiedzenia, że obawia się, iż nie jest wstanie sprostać wymaganiom tychże osób. Każdy odbiera ją w swój własny sposób (ma swoją stronę Tutaj), a Ona jest po prostu sobą, nie jest wyidealizowana.
Nie wiem jak inne panie odbierały spotkanie, ale ja przez 2, 5 godziny słuchałam, co mówi Julia, z zapartym tchem, tak bardzo ciekawie opowiadała, tyle historii, tyle przemyśleń.
Nie mam pojęcia kiedy dostąpię zaszczytu kolejnego Wyjścia, ale teraz, kiedy nadarzy się jakakolwiek okazja, wyfruwam od razu. Normalnie sobie obiecuję!
I nic mnie nie powstrzyma, nawet kosmici.
Martyna czuje się już lepiej, a ja odchorowałam tego nieszczęsnego GPS'a w aucie, co mnie nieźle zestresował w drodze powrotnej, kierując na trasę między Łodzią a Bytomiem.
Dawno nie czułam takiego pragnienia, by znaleźć drogę powrotną do domu ;)
Zdarzają mi się wieczory, w zasadzie noce, które spędzam na oglądaniu filmów, albo słucham muzykę, czy też programy.
Przeróżne umilacze, zabawne, śmieszne, romantyczne, trzymające w napięciu (nigdy horrory, zwłaszcza te na faktach autentycznych), mądre, luźne... różne. Jedne takie, które oglądam i zapominam, takie, o których cały czas myślę i też takie, do których wracam, by raz jeszcze obejrzeć, posłuchać. Jest takich filmów, czy fragmentów filmów bardzo dużo, ale dziś przedstawię Wam kilka, które mnie w jakiś sposób urzekły.
Film Mine , dramat jak dla mnie, choć w opisie widnieje jako thriller. Naprawdę bardzo dobry film, skłania do refleksji, na końcu nawet trochę oszołamia. To jest jeden z tych filmów, którym zwiastun szkodzi. Może inaczej. Po obejrzeniu zwiastunu można sobie pomyśleć, że to film o jakimś tam żołnierzu, który uczestniczy w akcji, jakaś pustynia, upał, broń.... piasek. Twarze się pojawiają, które za wiele nie mówią. Zapewne typowy film typu marine po amerykańsku... a tu takie zaskoczenie. Wciągnął mnie niesamowicie. Wzruszył. Oczywiście jestem świadoma, że nie każdy może ten film odebrać tak jak ja, dla innych sceny mogą być naciągane, przydługawe, na wyrost, taki pseudo intelektualny gniot... każdy ocenia po swojemu, ja polecam, do obejrzenia w ciszy. Chociażby dla muzyki, która w tym filmie miejscami przyprawia o ciarki.
"... Mina zabrała mi wiele. Nie mam tyle szczęścia co ty, ale za to jestem wolny. Ruszyłem dalej. Nie zatrzymuję się, bo trzeba iść naprzód. Zawsze stawiam kolejny krok, nawet jeśli bywa trudny albo przerażający. Wiesz jak uniknąć strachu? Trzeba być... wolnym."
O tym filmie rozmyślam czasami... o rozmowie młodego żołnierza ze sobą samym, o tym, co mu się przydarzyło i jak to się skończyło...
Ciekawy przypadek Benjamina Buttona
Sama zaskoczyłam siebie oglądając ten film. Jak zobaczyłam, kto gra rolę główną. Nie mam nic do Brada Pitta, uważam go za dobrego aktora, ale nie do końca to jest mój typ, a tamtego wieczora potrzebowałam innych atrakcji. Dałam mu jednak szansę, filmowi i Bradowi, 10 -15 minut minut i szukam czegoś innego, zaplanowałam sobie... tak mnie wciągnął, że obejrzałam cały. Mimo, że chciałam coś luźnego, po całym dniu pełnym gonitwy, spraw załatwionych i nie załatwionych, potrzebowałam filmu, który pomógłby mi zapomnieć, przy którym nie musiałabym za dużo myśleć :) I nie mam na myśli filmu głupiego, tylko jakaś sensacja, komedia albo romans, z grą aktorską na wysokim poziomie (ciężko taki film znaleźć) ewentualnie, gdyby czasu było mało (bo filmy zaczynam oglądać dopiero po 22.00) po raz setny uratowałaby nocny seans Duma i uprzedzenie z Keirą Knightley... Życie Buttona było tak pochłaniające, że nie potrzebowałam żadnych komedii i sensacji tylko ten film właśnie. Był totalnym zaskoczeniem, do tej pory nie natrafiłam na podobny, choćby trochę, a przypadek bohatera był - jeżeli mogę to tak określić - wyjątkowo niezwykły.
Wspaniała historia o przemijaniu. Pełen refleksji. Pochłaniacz czasu. Gra aktorska, muzyka, krajobrazy, klimat, podróż po życiu jednego człowieka. To spokojny film. Ale tak fascynujący jak niejeden hit oskarowy...
Sekretne życie Waltera Mitty
Trafiła mi się taka perełka ;) Dla mnie, niepoprawnej marzycielki, śniącej na jawie, nieustannie snującej przeróżne historie... Walter Mitty w tym marzeniu poszedł o krok dalej... Mocno mu zazdroszczę ;)
Niepodobny do innych, inspirujący, do przeżywania obrazem film, urzekający, zabawny. O, tak właśnie ;)
I te krajobrazy (najbardziej utkwiła mi jego jazda na deskorolce, rowerze przez Islandię).. Piękne obrazy. Piękne!
I tak widzę siebie, jak na tej deskorolce pędzę na zakręcie, za mną szczyty... chciałabym mieć tyle odwagi, co Walter...
I na koniec muzyka.
Nie mam pojęcia ile razy słyszałam Dream on w wykonaniu Travisa Cormiera. Ile razy obejrzałam te nagranie, nie mam pojęcia.
Słucham i oglądam, przewijam i słucham oglądam. Zafascynowana. Od wielu miesięcy. Zapominam o nim... potem przypominam i wpadam w ciąg przewijania.
Ja to widzę tak: wszedł chłopak na scenę i zrobił zamieszanie utworem Aerosmith, magiczny moment, w którym On - skromny, nieskromny chłopak - w centrum, a jurorzy byli zaledwie tłem. I wzruszający widok łez, dumy ojca. Dumy ojca ze swojego syna. Napatrzeć się nie mogłam. Więc przewijam i puszczam jeszcze raz, i jeszcze raz. Mniej więcej do 1:40 min. Aby zobaczyć tę pasję, ten talent i rodziców, którzy przyjechali wspierać obecnością swoje dziecko.
Puszczenie raz tego występu to za mało. Tylko pogłośnijcie.
Jestem ciekawa czy i Wy macie swoje filmy, które was zaskoczyły, do których lubicie wracać, o których myślicie? Podzielcie się :)
Sądziłam, że nie ma już żadnych nadziei, by polubiła malowanie. No trudno pomyślałam sobie, dałam Jej wolną rękę. Jak miała ochotę coś porysować, pomalować to wyciągała i bazgrała... i to nie jest tak, że ja tam jej niewspierających słów nie prawiłam. Że w swoje dziecko nie wierzę... Pedagogiem jestem w końcu, wiele lat pracy z dziećmi mam za sobą... wiem, jak wspierać, jak zachęcać... ale widać było, że rysowanie fajne jest, ale są przyjemniejsze sposoby na spędzanie czasu...
Jeszcze do niedawna malowała tak jak jej Tata... a Tata maluje jak kura pazurem.
Od jakiegoś czasu (to świeża sprawa, nie więcej niż dwa miesiące ma), przesiaduje w swoim pokoju i coś tam rysuje... Niedawno odkryłam co to, przyszła mi pokazać... Kilka kartek zaledwie, ale co tam na nich było... ach!
Jestem zachwycona.
Te baletnice, dziewczynki w sukienkach, wampiry i inne postacie... a Ona mi mówi, że źle to robi, bo chciałaby tak pięknie jak ja....
Ależ nie jak ja! Nie. Martynko, tylko nie tak jak ja... maluj jak Ty. Jak Ty wyłącznie. To jest Twój styl i dąż do doskonałości w tym, o ile będzie Ci sprawiać przyjemność... rysuj, szkicuj, baw się tworząc, rysując to, co w Twojej wyobraźni powstaje... To właśnie indywidualny styl czyni pracę wyjątkową.. to co narysowałaś, to co ja tu widzę jest wspaniałe. I nie zniechęcaj się niepowodzeniem. Myślisz, że ja się urodziłam z umiejętnością malowania? Mam za sobą setki szkiców nieudanych, a widzisz nadal szkicuję prawda? Uczę się nadal, a przecież, jak to mówisz? Pięknie maluję... więc się nie poddawaj, tylko ćwicz, ćwicz i ćwicz... a to, co mi tu pokazałaś jest po prostu super!
Więc przebywa w każdym zakątku domu i tworzy. TWORZY.
Moja dziewczynka.
I tak pomyślałam sobie, że zrobię Jej niespodziankę, kiedy była w szkole malowałam, koszulka na nią czekała, kiedy dziś z niej wróciła. Starałam się za bardzo nie zmieniać (później doszły jeszcze rybki, chłopczyk, korony i trójząb) rysunku.
Kiedy zaczęłam przerysowywać jej projekt na koszulkę, pomyślałam, że zrobię z tego DIY, post na blog, Jak to się robi?
Ale też chciałabym zachęcić Was, do stworzenia własnego malowidła na koszulce. Nie jest to skomplikowany proces, ale na pewno jest twórczy i może przez to przynieść wiele radości.
Ręcznie malowana koszulka doskonale nadaje się jako prezent dla drugiej osoby, dla małego dziecka, dla męża, przyjaciela, przyjaciółki, dla szefa, dla babci dla dziadka... Może to też być okazja, do wspólnego rodzinnego malowania?
Malując własnoręcznie koszulkę możemy ją spersonalizować, powodując że nabierze ona szczególnego znaczenia. Stanie się niepowtarzalna.
Na ozdobienie zwykłej koszulki nie trzeba mieć wielkiego talentu, wystarczą chęci...
Specjalnie użyłam projektu 9 letniej dziewczynki aby Wam pokazać, że każdy może ;) Bo to też trafny pomysł przenieść rysunek naszego dziecka na coś innego niż papier.
Malowana koszulka
Potrzebujemy:
Koszulkę bawełnianą, kolor koszulki dowolny, choć na sam początek polecam białą
Własny projekt wzoru do namalowania, nakreślenia
Podkładkę, (karton) którą wkładamy do wnętrza koszulki, by zabezpieczyć przed zabrudzeniem
Farby do tkanin
Pędzelki o różnym włosiu, jeden z nich najlepiej aby był precyzyjny, do ewentualnych drobnych elementów
Żelazko, pergamin lub papier śniadaniowy
Przenosimy szkic na koszulkę, zabezpieczamy podkładką. Podczas malowania, farba przesiąka i może w ten sposób zabrudzić tył koszulki. A więc zabezpieczamy. Postaci obrysowałam pędzelkiem precyzyjnym. To jest jeden z ważniejszych momentów, należy to robić starannie, pewną ręką najlepiej ;) Jak ktoś stworzy farbę do tkanin z aplikatorem zakończonym idealną precyzyjną końcówką - idealną zaznaczam (o którą bardzo trudno) - to .... sama nie wiem, jak bardzo byłabym szczęśliwa :)
Gdy już mamy obrysowany kształt bierzemy się za przyjemność - malowanie.
Cienką warstwą kładziemy farbę. To jest ważne. Rysunek z grubą warstwą (to dygresja do tych osób, które malują akrylami) niestety z czasem, nie wygląda tak efektywnie jak na początku. Pod wpływem prania (przy jakimś 10 praniu) drobinki farby łuszczą się...
Jak długo utrzymuje się malowidło na koszulce? Nie wiem :)
Pierwszą koszulkę namalowałam w 2015 roku, możecie ją zobaczyć Tutajdla Przemka. Nosi ją do tej pory - kiedyś przydługa, teraz dopasowana, sądzę, że ostatni sezon ją ma - noszona niezliczoną ilość razy, prana jeszcze częściej, a renifery na niej nadal wyglądają tak, jak przy pierwszym pociągnięciu pędzla. Nic nie zblakło. Nic się nie złuszczyło (cienko malowane)....
Do ogonów syren użyłam srebrnej farby metalicznej, tak by pod wodą łuski lekko mieniły się w słońcu. Na rynku jest wiele rożnych farb, od zwykłych po brokatowe, można przy ich udziale wyczarować niezwykłe rysunki. Polecam jednak, zanim weźmiemy się za główne malowanie, wcześniej przetestować nowości, bo mogą niemile zaskoczyć.
Na tym etapie możemy jeszcze coś dorysować. Usunąć też coś możemy, choć nie polecam ;)
Do momentu utrwalenia rozgrzanym żelazkiem, nasz rysunek możemy modyfikować.
Gdy ilustracje mamy gotową, czekamy aż wyschnie porządnie. Ja zostawiam rysunek na 2 dni, potem prasuję przez papier śniadaniowy. Jeżeli na papierze nie został żaden ślad po farbie, to znaczy, że rysunek jest suchy i zabezpieczony. Dla pewności prasuję kilka razy.
Możemy prać (ręcznie zaleca producent, ja piorę w pralce w 30 stopniach i jest ok)... i nosić i prać. I nosić :)
Wszelkie romanse, to ja nauczyłam się czytać na studiach :) To była moja odskocznia od naukowych książek. Potrzebowałam coś prostego, nieskomplikowanego, coś do "niemyślenia". Padło na romanse.
Na początku były Harlequiny... kto z Was pamięta? ... do czasu, kiedy odkryłam, że za stroną 120 którąś najczęściej następuje moment pierwszego pocałunku (powtarzalność w seriach to kamień u szyi), rozmowy miedzy bohaterami takie jakieś płytkie mi się wydawały, problemy tychże bohaterów niekiedy śmieszne... uznałam, że jednak potrzebuję coś bardziej złożonego. Tym bardziej, że nieustannie porównywałam wszystkie czytane książki o miłości do pewnej sagi. Szukałam dalej aż natrafiłam w ten sposób na romanse z wydawnictwa Da Capo, Tutaj możecie je zobaczyć... Kto czytał? :).... pokochałam te historyczne, o rycerzach, wikingach... darzę te książki wyjątkowym sentymentem.
Oczywiście, nieustannie coś tam szeptało mi do ucha (słowa zasłyszane), że to obciach czytać takie książki, że to niższy gatunek literacki, dla niewymagających czytelników... nie chwaliłam się, zaczytana z wypiekami na twarzy miedzy Psychologią i życie P. Zimbardo (który doczeka się osobnego postu na blogu) kolejnym romansem o rycerzach a Pedagogiką specjalną i ogólną.... sobie tak lawirowałam. I tak przez 5 lat studiowania.
Ale znaleźć romans, który nie byłby totalnie płytki, gdzie dialogi nie obniżałyby naszej (bo jak czytasz fragment i jesteś nim zażenowana, to ta książka nie jest dla Ciebie) inteligencji, gdzie poruszona byłaby wyobraźnia... Wyobraźnia! ... wcale nie jest łatwo znaleźć.
Na 100 przeczytanych książek - chyba mam pecha - natrafię góra na 2, 3 ciekawe romanse... o których warto mówić.
Jestem prostą dziewczyną pomimo tej mojej złożoności - lubię mądre romanse. Ale najbardziej uwielbiam....Uwielbiam!... czytać takie, które są mroczne jednocześnie. Nie ma ich za wiele, ale mam kilka tytułów, które do teraz są dla mnie perełkami po prostu.
Dzisiaj chcę Wam o nich opowiedzieć.
Saga o Ludziach Lodu
Te książki są dla mnie na pierwszym miejscu. Towarzyszą mi od wielu, wielu lat. Przeczytałam je kilka razy (nie pamiętam już ile, serio ;) do tomu 30 -35 polecam, im wyżej tym słabiej. A potem jeszcze gorzej.
Ale pierwsze tomy... miód dosłownie! Miodzik! że tak to określę :):):)
Czekałam na przystanku autobusowych, wracałam z praktyki zawodowej (to była bodajże 2 klasa szkoły średniej), autobus się spóźniał, więc pomyślałam, że skoczę do pobliskiej biblioteki, najwyżej pojadę kolejnym. A w tej bibliotece trwała aktualnie wyprzedaż, książki po 1 zł... tam była saga. Rozpoznałam okładkę, bo koleżanka z klasy widziałam czytała, że niby fajna, polecała, ale ja nie byłam zainteresowana. Moim światem był S. King, D. Koontz, G. Masterton i inne w tej tematyce, sensacja, horrory, trochę fantastyki.
Reklama szeptana jednak robi swoje, kupiłam wszystko (brakuje 2 tomów), pozbyłam się w ten sposób pieniędzy na powrót do domu, na ten dzień, następny i kolejny jeszcze. Prawie 18 kilometrów szłam na nogach z torbami, w obydwu rękach, wypchanymi sagą Margerit Sandemo. Był styczeń, nie miałam rękawiczek, zmarzłam okropnie... wyobraźcie sobie, 18 km na nogach, w mrozie, 45 tomów do udźwignięcia.
W domu dostałam oczywiście burę, bo straciłam pieniądze na cały tydzień dojazdu na praktyki do miasta. Bezmyślne z mojej strony. Ale tak to już jest z tą miłością do czytania... do książek.
Czy jest ktoś kto nie czytał Sagi o Ludziach Lodu? Nie wyobrażam sobie, albo wyobrażam... co za strata! Moja wyobraźnia, dosłownie szalała podczas czytania pierwszych tomów. Wzdychań i tęsknoty za miłością tak silną, tak trwałą, tak wielką nie było końca...
Minęło tyle lat, a ja nadal do nich wracam i się nie znudziły, nie zmarniały w moich oczach, nadal tworzą się żywe obrazy, przeżywam od nowa mistyczne momenty.
Mistrzostwo.
I nie rozumiem, dlaczego tak się stało, ubolewam wręcz, że nikt nie wpadł na to, by zekranizować sagę...
Mroczna seria Christine Feehan
Od Sagi o Ludziach Lodu nie było żadnej książki, która byłaby jednocześnie romansem, fantastyką, horrorem, gdzie ta magia by buchała jak w kotle, a wyobraźnia zaś łechtała, roznosiła się we wszystkie zakamarki umysłu. Jak dla mnie ideał został osiągnięty. Nie sądziłam, że jeszcze jakieś inne książki, łączące te elementy trafią w moje dłonie i mnie zachwycą.
Przez przypadek chwyciłam z półki w bibliotece. Jednym tchem przeczytałam 9 części mrocznej serii... Tu mamy karpatianów, wampiry... Postanowiłam kupić sobie do domowej biblioteczki.
Oczywiście, to jest inne pióro, inna autorka przecież, ale struna, która została poruszona przy sadze, odżyła na nowo. Inaczej wprawdzie gra, ale gra.
Tu odbywa się powtarzalność, na którą tak psioczyłam na początku postu (odnośnie Harlequinów), ale ta miłość, dialogi, opisy rozterek bohaterów (i te pikantne momenty ... :) w jakiś sposób ukrywają te skazę.
Tę serię odróżniają od wszystkich książek tego typu, płomienne sceny miłosne, takie, że ... z wypiekami na twarzy ;)
Dziewczyna w czerwonej pelerynie
Najpierw obejrzałam film i zakochałam się. W klimacie (tajemnicze, bajkowe kadry, muzyka będąca uzupełnieniem)... w głównym męskim bohaterze :):):)
A potem natrafiłam na książkę, która od filmu nie odbiega (o dziwo). Podejrzewam, że gdybym przeczytała tylko książkę -nie utkwiłaby mi tak mocno fabuła - ale skończyło się inaczej.
Film obejrzałam trzy razy, szykuję się za jakiś czas by powtórzyć seans. Tak to już jest, jak natrafi się na coś, co się podoba. Co wpisuje się w nasz poziom.
A jaki to jest poziom, pewnie się zapytacie? Taki, gdzie moja wyobraźnia zaczyna kwitnąć a umysł przy tym nie protestuje ;)