Spaghetti

Spaghetti


Sos do spaghetti w torebkach, był ostatnim produktem z jakiego zrezygnowałam. Wzięło się to stąd, że zwyczajnie na świecie, nie wiedziałam jak go zrobić. I jak sprawić by też tak wspaniale smakowało, głowiłam się, co oni do tego proszku dają, że jest taki smak?
 To był jedyny powód, że przez wiele lat korzystałam z gotowych sosów.  A spaghetti lubię, Martynka jeszcze bardziej, Przemek też sobie nie żałuje, choć On nie zna innego niż mój własny, i myślę, że Martyna nie pamięta tego sztucznego.
Ten czas korzystania z gotowców, mogę podzielić na trzy okresy: pierwszy, pójście na łatwiznę i kupowanie taniego proszku, a przecież to żaden wysiłek, wystarczy wymieszać z wodą i sos jest, nie czułam motywacji do zmiany, drugi etap to pojawiająca się myśl, by to zmienić i bezradność, bo kompletnie nie wiedziałam jak się za to zabrać. Więc nadal nic nie robiłam. I wreszcie trzeci okres, kiedy spisałam, co potrzebuję, kupiłam i zrobiłam.
Najgorsza była pierwsza próba, potem z każdym zrobionym sosem było coraz lepiej. Aż w końcu opracowałam przepis, do którego co jakiś czas wracam.
Dzielę się, może i Wam się spodoba?
Ilość przypraw to sprawa indywidualna, ja lubię mało soli, więcej kurkumy, mniej cayenne...

Sos do spaghetti

  • ok 500 g mięsa mielonego z indyka
  • cebula
  • pół selera, duża marchewka, średnia pietruszka - starte na tarce o grubych oczkach
  • 3 duże ząbki czosnku*
  • 3 cm startego na drobno imbiru
  • 2 duże pomidory
  • przecier pomidorowy
  • pęczek natki pietruszki
  • świeża bazylia
  • łyżeczka oregano, pół łyżeczki ziół prowansalskich, pół łyżeczki soli, szczypta pieprzu cayenne, spora łyżeczka kurkumy, pół łyżeczki zataru

Smażymy cebulę na oleju aż do zeszklenia, dodajemy mięso mielone, smażymy aż mięso lekko zbrązowieje. Dodajemy starte warzywa, dusimy kilka minut, dodajemy przyprawy, imbir, na końcu czosnek dusimy często mieszając. Kiedy masa będzie sucha, dodajemy pokrojone pomidory, po 2 minutach przecier, po 5-6 minutach sos gotowy. Przed podaniem mieszamy sos z pokrojoną nacią

Talerz i miska, włoska ceramika, którą zbieram od lat, zakochana jestem całkowicie, tak jak w Bolesławcu. Bassano, starannie wykonane i pomalowane owoce, warzywa, grzyby, ptaki... mam talerz owalny ozdobiony kawałkami wędlin, kupiłam wiele lat temu, już nigdzie nie mogę znaleźć podobny,  prawdziwa ozdoba stołu, kupuję z różnych źródeł, ale ten talerz i miskę akurat znaleźć możecie Tutaj


* Zanim dodam zmiażdżone główki czosnku do potrawy, odstawiam na co najmniej 10 minut, aż wszelkie wartości odżywcze się uaktywnią
Nadzieja*

Nadzieja*

Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka.... Chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny. Nagle... dostrzegła przed sobą jakąś postać...
Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem. Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i zapytała:
- Kim jesteś?
Ciężkie powieki z trudem odsłoniły zmęczone oczy, a blade wargi wyszeptały:
- Ja?.... Nazywają mnie Smutkiem
- Ach! Smutek! - zawołała staruszka z taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego
- Znasz mnie? - zapytał Smutek niedowierzająco
- Oczywiście, przecież niejeden raz towarzyszyłeś mi w mojej wędrówce
- Tak sądzisz...? - zdziwił się Smutek - To dlaczego nie uciekasz przede mną? Nie boisz się?
- A dlaczego miałabym przed tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny?
- Ja... jestem smutny - odpowiedział Smutek łamiącym się głosem.
Staruszka usiadła obok niego.
- Smutny jesteś... - powiedziała i ze zrozumieniem pokiwała głową - A co cię tak bardzo zasmuciło?
Smutek westchnął głęboko. Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o tym marzył.
- Ach... wiesz - zaczął powoli i z namysłem - najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by spotykać się z ludźmi i towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich przyjdę, oni wzdrygają się z obrzydzeniem. Boją się mnie jak morowej zarazy - i znowu westchnął - Wiesz... ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić. Mówią: "tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać". A ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i duszności. Mówią: "co nie zabije, to wzmocni" . I dostają zawału. Mówią: "trzeba tylko umieć się rozerwać". I rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: "tylko słabi płaczą". I zalewają się potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i narkotykami, byleby tylko nie czuć mojej obecności".
- Masz rację - potwierdziła staruszka - Ja też często widuję takich ludzi.
Smutek jeszcze bardziej się skurczył
- Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy jestem przy nim, może się spotkać sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w którym może leczyć swoje rany. Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy. Niejedno jego cierpienie jest podobne do źle zagojonej rany, która co pewien czas się otwiera. A jak boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem i wypłacze wszystkie wstrzymane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany. Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia.
Smutek zamilkł. Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy: najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem.
- Ale... ale kim ty właściwie jesteś?
- Ja? - zapytała figlarnie staruszka, uśmiechając się przy tym tak beztrosko, jak małe dziecko - JA JESTEM NADZIEJA.


Jak przeczytałam ten kawałek, to pomyślałam, że muszę się z nim Wami podzielić, podobno jest dostępny w internecie, ale ja nigdy na niego nie natrafiłam... a jest piękny, nostalgiczny, daje do myślenia.
Obrazek namalowałam akwarelami Sonnet


* Ołówek, K. Rosicka - Jaczyńska, Poligraf, Łódź 2011, s. 237-238

Korona

Korona



Całkiem przypadkowo miałyśmy z Martynką wyprawę do lasu, Przemek został z Tatą, a My w auto i już nas nie było.
Same zrobienie przeze mnie korony potraktowane zostało jako coś normalnego, bez fajerwerków,  bo kiedyś takie były, pewnie bierze się to stąd, że widzą  mnie nieustannie coś tworzącą. W którymś momencie zaczęło to być dla nich naturalne, zwłaszcza dla starszej. Tak domniemywam.
A całe zainteresowanie wygląda teraz następująco: Przemek siedzi koło mnie i bacznie obserwuje, co robię, najczęściej milczy i tylko z czasem dopytuje się o jakiś szczegół. Martyna natomiast przychodzi co jakiś czas i kontroluje kolejne etapy tworzenia  albo pyta się czy może mi w czymś pomóc, albo kiedy już praca prawie skończona, szykuje sesje zdjęciową, takich mam oto współpracowników.
Ty razem zaskoczyłam Martynkę i zaproponowałam, że zdjęcie korony możemy zrobić w lesie, z jej osobą w roli głównej i czy się zgadza?...  Możecie się domyślić ile było pisków i pajacyków...
Bo ja jestem mamą energicznej córki, ciągle paplającej, śmiejącej się i wygłupiającej, z tysiącem myśli kłębiących się w głowie, wypadających z ust niczym seria z karabinu maszynowego, mającej złe humory w takim samym natężeniu. Jest jak balon, który pęcznieje pozytywną energią, która Ją niemal unosi, jest wyjątkowo przyjemnie... a potem trzask. Ma focha, tak samo ekspresyjnego.
Nasza rozmowa podczas robienia zdjęć:
- Martyna jak mam ci zrobić zdjęcie, gdzie wyglądasz dostojnie, kiedy mi się ciągle śmiejesz, przestań już, skup się Królowo
- Nie mogę - śmieje się pod nosem, widać, że się stara opanować ale nie wychodzi - Wiesz.... - wsłuchuję się, co chce powiedzieć, ton jej głosu wskazuje, że chce się podzielić bardzo ważną wiadomością - Nie mogę się doczekać obozu, poznam nowe przyjaciółki!.... Będę mogła wziąć na basen ten czarny strój...
- Ty, a co mnie tak tu maglujesz znowu z tym strojem? Dobrze wiesz, że to jest ciężki piankowy strój, nad morze raczej się nadaje, by ci dupka nie zmarzła....Schyl głowę.... jeszcze niżej.... nie chcesz może ten z wiszącą muszelką...? - słyszę jej śmiech
- Może być z muszelką mamo... zrobisz mi takie zdjęcie, jak idę i ta narzuta mi tak zwisa...?
- Zwisa ci ale korona... -  poprawia ją
 - I ja się wtedy tak odwrócę, a Ty mi zdjęcie zrobisz, albo jak...
- Martyna zamknij buzię... teraz! - Buzia zamknięta, jest jedno udane zdjęcie. Jesteśmy już kilkanaście minut, a to dopiero pierwsze zdjęcie, przy tym tempie do wieczora się nie uda, kiedy każde ujęcie zrobione to jak łut szczęścia, ale pozwalam Jej ciągle mówić, bo wtedy nie pozuje, nie robi minek, nie myśli o tym podczas ciągłego paplania. Już wolę paplanie niż minki.
- Albo jak trzymam te truskawki w ręku -  mówi nadal demonstrując - będzie wyglądało super!
- Słuchaj umówmy się tak, ja teraz zrobię zdjęcia, jakie Ja chcę, a potem zrobimy jakie Ty chcesz - ok? To ja ciebie zaprosiłam na sesję a nie odwrotnie. Skup się - śmieję się, bo rozbawiła mnie sytuacja
- Będę mogła oprzeć się przy tym drzewie... a ty mi wtedy zrobisz zdjęcie
- Jak dla mnie możesz wtedy robić nawet fikołki...
- Przestań tak mówić, dobrze wiesz, że zdjęcie wtedy nie wyjdzie - mówi pouczającym tonem
- Ale ty jesteś zabawna, ty moja Leśna Królowo!... daj mi tu buziaka, natychmiast, Ty moja fotografko... Albo nie idź! Stój! - stanęła, udało się, kolejne zdjęcie zrobione.
I tak mniej więcej toczyły się nasze rozmowy, podczas których operowałam aparatem. Nie przypominam sobie chwili milczenia. Te zdjęcia, które widzicie są złudne :)
Zauważyłam też, że Martynie najwięcej radości sprawiła perspektywa babskiego wypadu niż sama sesja, to że mogłyśmy być razem.
Czułam to całą sobą.
Jeszcze w oczach mam obraz mojej córki, kiedy wracałyśmy do domu,  śpiewała wespół z Kają jej nowy przebój "Po co", nie moja bajka wprawdzie, gdybym jechała sama przełączyłabym na inną stację... ale przyjemnie było patrzeć jak się tak wywija te moje dziecię w fotelu obok... jak wychyla się przez okno głośno śpiewając, była taka radosna
....Taka mała kobietka się z niej robi....
I bardzo ale to bardzo jestem szczęśliwa, że mogę być blisko... by trzymać mocno ten balon, by go wiatr nie porwał

Koronę stworzyłam z tekturki przemalowanej na zielono, na wierzchniej części na dole obkleiłam ozdobną tasiemką, cała ważna reszta to mech, koraliki w kolorze czerwonym, różowym oraz grające główne skrzypce leśne zwierzątka od Mysiogonek
Można je pobrać, Mysia Sztuka - Party Time- Party Time I oraz Party Time 2, na dole w opisie strony jest link do pobrania.
Do korony potrzebna jest jeszcze wyprawa do lasu....

W ogrodzie

W ogrodzie



Ten ogród to jest taka moja wizytówka. 
Świadectwo mojej upartości, mojej siły wewnętrznej, oraz w to, że moje marzenia się spełniają o ile im w tym pomogę. 
Na początku było wysypisko, które postanowiłam przekształcić w ogród. 
Zrobiłam to sama, dosłownie. A o tym wysypisku, co napisałam to też dosłownie.
Być może wynika to stąd, że mam wyjątkową wyobraźnię, bo chyba tylko ja potrafiłam w myślach przekształcić stan rzeczywisty w to, co jest obecnie teraz. I tylko ten obraz trzymał mnie, kiedy machałam łopatą, dźwigałam, wynosiłam, taszczyłam, w palącym słońcu, niekiedy deszczu, najczęściej z dzieckiem pod pachą, że tak się wyrażę. Znosiłam niewierzące spojrzenia, charakterystyczne niewierzące kiwanie głową.
I być może dlatego, że jestem uparta jak osioł, i jak coś chcę, to chcę.
I wreszcie być może wynika to stąd, że mam za sobą takie a nie inne doświadczenie życiowe, i wiem, że nikt za mnie nic nie zrobi, że z nieba nic nie spadnie. I jak chcę mieć ogród, to muszę go sobie zrobić.
Po mnie tego nie widać, że ze mnie taka kobieta. Wyglądam całkiem niepozornie.
Po dwóch latach, kiedy zaczął wyłaniać się konkretny obraz, do pracy w ogrodzie dołączył mąż.
I tak go od tej pory tworzymy razem. A idzie to powoli, bo poświęcamy wolny czas, który jak chyba u wszystkich, jest jak na lekarstwo.
Ogród jest dość spory, mógłby się w nim zmieścić jeszcze jeden dom z małym ogródkiem. Mógłby być jeszcze większy, bo za płotem rozpościera się pole, które do domu przynależy, być może kiedyś, jak uznam, że mam mało roboty, to sobie go poszerzę, ale póki co,  to za płotem będzie dodatkowo mały sad, i męża słucham od pewnego czasu, że boisko do siatkówki też... dla syna.
Dopiero w tym roku, ogród nadaje się do jako takiego użytku. Tu są takie miejsca jeszcze ugładzone, niezarośnięte, marzy mi się taki tajemniczy ogród, że te rośliny bujne, wszędzie zwisają, wychylają, co jest trudne dla moich roślin gdyż ziemia jest raczej piaszczysta niż żyzna. Rośliny bardziej wegetują niż rosną, trawa raczej żółcieje niż się zieleni.
Żyzna czy nie żyzna, jest miejsce, w którym mogę chwilę przycupnąć z dziećmi, i bardzo bardzo mnie to cieszy. 
Teraz spędzamy każdą chwilę wolną właśnie w tym ogrodzie, a każda taka chwila to najczęściej z książkami.
Więc dziś też o książkach przeczytanych, godnych polecenia. Piszę tak, bo przeczytałam więcej książek w ostatnich dwóch miesiącach, ale część z nich nie powodowała zachwytu, a o takich przecież kto chce słuchać?
Chociaż to też sprawa subiektywna, bo wiadomo... jednemu może się spodobać a drugiemu już nie koniecznie, i tak były pozycje, które inni zachwalali a ja po przeczytaniu czułam pustkę. Też rozumiem, że mój opis książek, które mnie zachwyciły, też przecież jest opisem subiektywnym... bo pisząc o książkach, które przeczytałam, nie skupiam się na tym o czym dana książka jest, tylko o tym jak ja ją odbieram.
Jeżeli komuś przychodzi na myśl pytanie, kiedy ja czytam tyle książek, to odpowiadam: w nocy, kiedy już wszyscy w domu śpią, rezygnując z tworzenia.


Shantaram, G.D. Roberts, Marginesy  Kiedyś na szybko wypożyczyłam w bibliotece książkę, nie czytając opisu z tyłu okładki. A w środku niej przemoc, krew, dewiacje, zbrodnie zbrodnie zbrodnie ... były tak dokładnie opisane, tak okrutne, że czytanie coraz bardziej zaczęło mnie odrzucać, a nie lubię nie czytać do końca, jednak tej nie podołałam, odwróciłam książkę i przeczytałam opis na tylnej okładce, dowiedziałam się, że to był wywiad z płatnym zabójcą, i to wywiad przeprowadzany w więzieniu, pomyślałam sobie, że to chore, że taka książka w ogóle powstała, powiedziałam też sobie, że nigdy więcej książek pisanych przez więźniów. Nigdy więcej. Nie będę napędzać machiny. Za nic w świecie. Shantaram dostałam w prezencie, słyszałam o tej książce same pozytywne opinie, bestseller totalny, to nie jest nowość, ale dopiero teraz trafiła w moje ręce. Jest w niej coś szczególnego, coś co ma w sobie niewiele książek o pokaźnej objętości. Mianowicie: każda ale to każda strona jest pełna magi i to ta magia każe przewracać kartkę za kartką. I te 800 stron pisanych małym drukiem w ogóle jest nie zauważone. Pełne bogactwo słowa, myśli, wspomnień. Przyznaję, że w pewnym momencie przestałam nadążać, kiedy były te górnolotne rozmowy z mistrzem, ale cała reszta... Gdybym wiedziała wcześniej, że napisał ją przestępca, więzień, to za nic w świecie bym ją nie ruszyła. I ominęła by nie niesamowita przygoda. Otchłań przyjemności czytania. W planach mam przeczytanie kontynuacji Shantaram; Cień Góry
KalendarzeM. Gutowska - Adamczyk, Wyd. Literackie Wspomnienia wsi, te wszystkie trudy, niedogodności, relacje między dziadkami... Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że robiły to dwie osoby, Sylwia teraźniejsza i Sylwia dziecko, odbierające książkę głębiej, i te dziecko we mnie rozpoznawało zapachy, smaki, czuło ciężar, dotyk przedmiotów pod palcami, słyszało... uruchamiały się własne wspomnienia, wspomnienia trudne. Ja tak się śmiałam nieprzyjemnie zaskoczona tym, że to, co autorka zaznała w mieście, to było to, co ja nigdy, nigdy nie doświadczyłam. A powinnam.Piękna książka, piękne wspomnienia, to jest książka do przeczytania w upalny dzień, gdzie siedzimy w cieniu pod drzewem, na drewnianym stołku obok, kompot z jabłek, czereśni, truskawek, w drzewie bzyczą pszczoły... do przeczytania kiedy na zewnątrz jest bardzo zimno, pada deszcz, a my otuleni w koc, przy kominku z kubkiem ciepłej herbaty...
 Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, J. Jonasson, Świat Książki Teraz są już dwie książki, które wywołały we mnie konkretną reakcję. Pierwsza Biały Bim czarne ucho, spowodowała, ze płakałam jak bóbr. Miałam bodajże lat 9 kiedy ją przeczytałam, płakałam nad losem psa i tak mocno wrył mi się tytuł, że nigdy go nie zapomnę. Przez te wszystkie lata długo długo nic, a przeczytałam przez ten okres naprawdę sporo książek, aż do tej, która z kolei sprawiła, że śmiałam się naprawdę, naprawdę głośno. Żadnej książce, do tej pory się to nie udało. Były też takie momenty, przez które chciałam ją odstawić, ja nie lubię bezmyślnej przemocy, nawet gdy jest ona przypadkowa (pewna chwila z lodówką i słoniem), ale bardzo dobrze, że tego nie zrobiłam. Stulatek... jest o bogatym w wrażenia życiu, o kontaktach, nieprawdopodobnych zbiegach okoliczności i gdybym miała określić tę książkę jednym słowem, napisałabym: Niewiarygodna. 
O tak, właśnie.
Muza, J.Burton, Wyd. Literackie Przyznaję się pokornie, ta książka wpadła w moje ręce, w następujący sposób: "...Ooooo! Jaka piękna okładka!.... proszę tę książkę... " ... wiem, głupie bardzo, ale no stało się. I dopiero w domu zorientowałam się, że autorką jest pani, która napisała Miniaturzystkę, książkę, którą od 2 lat planuję przeczytać. Muza zdobyła mnie dwa razy, pierwszy raz okładką, drugi podczas czytania. U mnie zasada jest taka: jeżeli danej książce uda się oderwać mnie od rzeczywistości na dłużej, to znaczy, ze jest to dobra książka. Tej pozycji udało się to osiągnąć. Muza jest nie tylko o historii pewnego obrazu, ale o miłości, przemijaniu, momentami nostalgiczna, momentami tragiczna. Kiedy skończyłam ją czytać i odłożyłam obok, przez jakiś czas tkwiłam w milczeniu. Bardzo wymowna jest cisza, to w niej zawiera się cały kunszt tek książki. W ciszy, po jej przeczytaniu.
Zapach czekolady, E. Arenz, Wyd. WAB Jeżeli ta pozycja znalazła się w moim spisie, to znaczy, że coś w niej jest. I jest. Ogromny talent, nietuzinkowy zmysł powonienia. I zastanawiam się nadal czy dla bohatera to było błogosławieństwo czy przekleństwo być obdarzonym tak wielkim talentem. Zazdrościć mu czy nie?I muszę napisać koniecznie o Elenie, tak mnie w tej książce drażniła, jak żadna inna postać w jakiejkolwiek książce.
Nie oddam dzieci, K. Michalak, Wyd. Literackie Hmmm.... Gdybym miała napisać o niej; niesztampowa, piękna, z przesłaniem, mistrzostwo, przeczytana w jeden dzień, w moim przypadku, przez końcówkę dnia i większą część nocy, z rana wstałam nieprzytomna itd., itp. to nie napisałabym tego, co najważniejsze. A mam tylko jedno do powiedzenia o tej książce, nic innego mądrzejszego do głowy mi nie przychodzi... ale myślę, że nie trzeba niczego więcej, niż to, że Nie oddam dzieci, to książka rozrywająca serce, całą klatkę piersiową, na kawałeczki, od początku i aż do ostatniego słowa na kartce. I daleko jeszcze, na czystych, niezapisanych stronach naszego wnętrza. Rozerwało mnie na kawałeczki. Totalnie.
Ołówek, K.rosicka - Jaczyńska, Poligraf O tej książce mogę napisać; To książka do przebudzenia, jeżeli kto śpi, wegetuje w życiu. każdy powinien ją przeczytać. Każdy zdrowy i każdy chory.  Bo nic nie trwa wiecznie, wszystko co nam dane możemy w każdej chwili stracić, że najpiękniejszym darem jaki mamy, to zdrowie. Nic więcej. I zawsze trzeba walczyć, nie poddawać się. W tej książce jest wiele pytań, na które autorka odpowiada czy też próbuje, albo też w ogóle się nie stara, oprócz bezsilności, załamania, też jest pełna nadziei radość życia. Ołówek to autobiografia kobiety, która u szczytu kariery zachorowała na śmiertelną chorobę. Historia życia, przy której leżę plackiem na podłodze i nie mam odwagi podnieść oczu. 

Jak wychodzimy z domu to zawsze z wodą, nosimy ją w butelkach, bidonach, co jakiś czas dochodzą nowe, ale mam takie sprawdzone, które są od lat i nic im się nie dzieje, a dokładnie nie przeciekają. O jednym z nich chcę właśnie teraz wspomnieć. To jest bidon Przemka, na jednym ze zdjęć, swoją rączką właśnie po niego sięga, typowy bidon, mieliśmy tego rodzaju całą masę, tanie marketowe,  po jakimś czasie przeciekały, rurka pękała, po dwóch miesiącach kupowało się nowy, aż do czasu jak natrafiłam na ten. Jest tak samo skonstruowany, nie widzę większej różnicy, a jednak. Przemek zabiera go wszędzie, przez cały rok, w sezonie letnim wiadomo użytkuje intensywniej, butelka kilka razy mu spadła, ale nic nie pękło, chyba tysiąc razy bidon przeciągnięty po ziemi, wiadomo jak to u małych dzieci, myty przeze mnie tak samo tysiąc razy. I nic, dwa lata minęły i wszystko jest ok. Śmieję się, że normalnie kupię drugi dla wnuków. Cena też przystępna, jak za taką jakość. 
Bidon z Haby, Mały Potworek, widzę, że sklep nadal istnieje, 2 lata temu kupiłam Tutaj
Spodenki i kapelusz Przemka H&M
Sukienka Martynki Numero74


Wszystko

Wszystko


Pamiętam.
Te drżenie głęboko w piersi, ten ścisk wzruszenia, lekko wilgotne oczy gdy na apelu w szkole podstawowej żegnaliśmy 8 klasę, w uszach wciąż rozbrzmiewa mi melodia, ale słów nie pamiętam,  a takie piękne były, te słowa.
... Muszę przejrzeć papiery, może gdzieś je zapisałam? 
Moja dawna Szkoła dawno zamknięta, zrobili z niej budynek mieszkalny, jakieś 20 parę lat temu... a w głowie wspomnienia koloru farby na ścianach, zapachy... schody, linoleum w korytarzach, drzwi do pokoju nauczycielskiego, twarze nauczycieli, drzwi wejściowe główne jak do pałacu, i boczne okryte głogiem... 
Pamiętam, jak bardzo chciałam być na Ich miejscu, tych prawie dorosłych ósmoklasistów,  ja 2, 3, 4, 5, 6, 7 klasistka, a lata upływały choć mnie się wydawało, ze okrutnie niesprawiedliwie wolno. Potem się okazało, że kończę liceum, a potem studia, jedne, drugie, i mamą zostałam i Ta moja pierworodna do przedszkola. 
I to był ten pierwszy moment, kiedy Czas chciałam zatrzymać
... jak sobie poradzi moje dziecko w przedszkolu? ... w szkole... jak to do szkoły? Już? 
Wczoraj zdała do 3 klasy.... moje dziecko. 
Pamiętam.
Zapach goździków. 
Uczucia buzujące we wnętrzu, że jeszcze świadectwa Pani da, a potem Wolnośććććć!!!! Że nic nie muszę, będę jeździć na rowerze, na wrotkach, wszystkie drzewa muszę odwiedzić, sad za lasem z czereśniami białymi, dziczki, już czuję zapach żywicy, dotyk kory drzewa pod palcami, macierzanka, łubin, maliny, obiad zjedzony na szybko, ciepłe powietrze opływające zgrzane ciało, stopy machające pedałami od roweru, zbite kolana, łany zboża, kombajny, kurz, wielkie opony traktorów, późno wieczorne wracanie do domu... 
Wczoraj usłyszałam: Wolnośćććć!!!! 
Niespełna 30 lat temu doznawałam podobne uczucia. Jak to się stało, że jeszcze trochę a będę mieć 40? 
Przecież niedawno to ja skakałam jak piłeczka pingpongowa z radości, że wakacje. Że nic nie muszę, że mogę wstawać kiedy chcę, że cały dzień na podwórku.
Patrzę na twarz mojej Córki, i nadziwić się nie mogę, że taka do mnie podobna. Ekspresyjna we wszystkim.
A wczoraj, dla Niej, wydarzyło się wszystko.
Koniec roku szkolnego, kartka pudełko, które z przejęciem chciała wręczyć ukochanej Pani, bardzo czekała na ten ważny dzień, z niecierpliwością przypatrywała się mojej pracy, a ja jak to ja, zrezygnowałam z wykrojników, bo zależało mi by wszystko ręcznie zrobić a Ona chciała by było szybko!... wakacje, urodziny i Dzień Taty przecież, goście w domu, tort, prezenty...
Co z wczorajszego dnia pozostanie Jej w pamięci, jakie obrazy wyłonią się, kiedy Jej dziecko u progu będzie wołało: Wolność!!!
....?
Pisząc teraz, patrzę przez okno, a Ona z Bratem skacze przy Tacie, wymachuje rękami, buzia się nie zamyka, patrzy na Jego twarz, obserwuje Jego reakcje... Wiem, że namawia by rozłożył ślizgawkę, jest upał, chcą się wypluskać w wodzie. Urabia go.
Wiem to, bo parę minut temu wpadła zziajana do domu, z przejęcia między jednym a drugiem łykiem wody, w ciągu minuty, powiedziała mi Wszystko.

Copyright © 2014 sylwiitwory , Blogger