Ciasteczka gospodarskie

Ciasteczka gospodarskie

Wczoraj był cudowny dzień :) Zrobiłam wszystko to, co zaplanowałam i jeszcze znalazłam czas by poczytać książkę... w spokoju :-) Wcześniej zrobiłyśmy z córką ciasteczka... więc książka, ciasteczka i spokój. Nietypowy dzień :-) 






Ciasteczka gospodarskie (amaretto)
  • 4 jajka
  • 125 g cukru
  • 250 g masła
  • 500 g mąki
  • 8 łyżek likieru amaretto
100 g cukru pudru

 Ugotować na twardo 3 jajka. Z mąku, cukru, masła, 3 ugotowanych żółtek (białka nie zostaną wykorzystane) i 1 surowego jajka oraz 6 łyżek likieru amaretto zagnieść rękoma jednolite, gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, owinąć folią spożywczą i odłożyć na 2 godziny do lodówki.
Schłodzone ciasto wyłożyć na oprószoną mąką stolnicę, cienko rozwałkować i wykroić ciasteczka. Piec około 10 minut w temperaturze 170°C , poczekać aż ciastka ostygną.
Z pozostałego likieru amaretto oraz cukru pudru przygotować polewę i nanieść ją pędzelkiem na ciasteczka.
Ja lubię jeszcze przekładać takie ciasteczka dżemem. Pycha :-)

W między czasie powstał tort czekoladowy




 
Szpilecznik

Szpilecznik


Sięganie do niciarki, która jest schowana głęboko w szafie po to tylko by wyciągnąć nagle potrzebne szpilki było dla mnie męczące. Jeszcze nie mam osobnego miejsca, w którym mogłabym zaszyć się z moją pasją. Jeszcze nie mam, ale wkrótce ma to się zmienić gdyż mąż obiecał wydzielić dla mnie specjalny pokój. Jego chyba męczą te wszystkie koronki, kleje, farby :-) 
Ostatnio częściej sięgam po szpilki i jakoś nie zauważyłam do tej pory, że mam w niej taki bałagan. Postanowiłam coś z tym zrobić gdyż potrzebowałam ustawić szpilki w jakimś widocznym miejscu . Zainspirowana igielnikiem z książki (Biblioteczka Własna) uszyłam szpilecznik. Igielnik też będzie :)





 
O kucharce, która chce sama i serniku z bakalimi

O kucharce, która chce sama i serniku z bakalimi


Wszystko a dokładniej - prawie wszystko, co twórcze wykonuję z Martynką. Nie ma szans by było inaczej. Pogodziłam się z tym dopiero dosyć niedawno i od razu odczułam zmianę :) Na lepsze oczywiście. Wcześniej od rana do wieczora od poniedziałku do niedzieli bez nawet chwili odpoczynku (aż ciężko w to teraz uwierzyć ) z Tym kochanym ognistym temperamentem przez prawie 2 lata to było ciągłe popadanie z jednej frustracji w następną. Pozostałością po tym okresie jest nadal świadomość, że chyba już nigdy się nie wyśpię :-) Dosyć późno olśniło mnie, że mogę inaczej. Wczoraj upiekłyśmy ciasto. Nawet się nie denerwowałam, jak trzeba było delikatnie masę serową wymieszać z ubitą pianą z białek a mieszała oczywiście Martynka, która Chcę sama! Podzieliłyśmy się nawet obowiązkami. Martyna mieszała czekoladową masę serową ja walniliową. Też Ona kontrolowała rośnięcie ciasta w piekarniku, i co kilka sekund powiadamiała mnie o postępach... przez prawie godzinę. Naprawdę. Martyna może przez kilkadziesiąt minut, co kilka sekund powiadamiać mnie o czymś. Tak jak z pytaniami: Mamo, mamo, mamo patrz! Więc patrzę.... A co to jest? I tu jest miejsce na odpowiedź. I tak co chwilę. Nie wiem kiedy to się skończy :-) Okropnie męcząca najczęściej to seria pytań, która zadawana jest w najmniej odpowiednim momencie ale ZAWSZE staram się na nie odpowiedzieć. Jak nie znam odpowiedzi razem szukamy wyjaśnienia. Sama chce się ubierać więc ubiera się sama, sama chce posmarować chleb więc sama smaruje, sama chce zostać w swoim pokoju... nie zostaje, wtedy wiem, że planuje coś dzikiego :) Wszystkie najprostsze czynności, które z założenia powinny trwać kilka minut trawają, trwają i trwają :) Szanuję Jej zdanie i prawo do "Ja chcę sama" więc nawet pozwalam Jej samej posprzątać pokój i wszystko inne ale tego akurat sama nie chce robić :)
Nie żałuję, że poświęcam Jej tyle uwagi. Kocham Ją i tyle :-)
No więc z moją Małą kucharką upiekłyśmy ciasto. Może nie takie jak planowałam ale czy to ważne?
Kończę ten przydługi post, Musicie mi wybaczyć to było całkowicie spontaniczne :) 








Wiosenny haft

Wiosenny haft


Och... hm... chciałabym aby już zima się skończyła. W środku mnie roznosi, szkoda że doba ma 24h... zaledwie. Nie potrafię się wyrobić. Musiałam się uspokoić a nic tak nie działa rozluźniająco jak czekoladki. Niestety nie ostała się już żadna sztuka a 1 kg żelków Haribo jakie dostałam w świątecznym prezencie to odległe wspomnienie. Słodkości było w domu dosyć sporo i wszystkie znikły. To chyba nienormalne aby to wszystko wchłonąć i to w tak krótkim czasie?! Staram się jak tylko mogę by uchronić Martynę od mojego nastawienia do słodkiego. Od samego początku przyzwyczaiłam Ją do jedzenia raczej suszonych owoców i orzechów. Szkoda, ze nie potrafię siebie tego nauczyć :( Moja księżniczka je "nasionka" (tak suszone owoce i orzechy córka nazwała :) ) w ogromnych ilościach. Szkoda jedynie, że zdrowe suszone "nasionka" są zdecydowanie droższe od "pustych słodyczy". Powinno być odwrotnie!
A wracając do uspakajania się. Jak nie ma czekoladek a jestem wzburzona, to haftuję:) Stawiam krzyżyki, mnóstwo krzyżyków. Uwielbiam haftować bo szybko "odpływam", jeszcze szybciej niż podczas czytania książek. Kiedyś haftowałam dużo, później długo, długo nic a teraz przeprosiłam się z kanwą i muliną :)
Haft przedstawiony poniżej wyraźnie wiosenny, w ciepłych kolorach odstrasza zimowe krajobrazy zza okna. Jeszcze nie do końca dopieszczony ale po prostu musiałam Wam go pokazać :) 




A teraz szybko znikam, dziecko już wyciąga fartuszek i wałek :) Będziemy piec ciasto!  
Dziś o chlebaku i czerstwym chlebie

Dziś o chlebaku i czerstwym chlebie


U mnie w domu chleb je mąż i córka, ja okazjonalnie. Mój chlebak był na tyle kosztowny, że powinien sam tworzyć świeży, pachnący bochen. A jaka jest rzeczywistość? Rzeczywistość jest okrutna: jeżeli w ogóle jest chleb, to albo ostatki albo czerstwe do zjedzenia bez przyjemności kromki. I zawsze tak jest kiedy nagle mam ochotę na chleb. Świeży wypiek znika od razu po pojawieniu się w chlebaku. Dziwne :)
Dziś rano nastąpił moment, w którym miałam ochotę na kromkę. W sobotę mąż kupił bochenek więc dziś powinno jeszcze być coś prawie świeżego - pomyślałam otwierając do końca na wpół otwarty chlebak (!) Zobaczyłam 4 czerstwe kromki, jeszcze trochę powietrza a zaczełyby twardnieć. Mąż nie może sobie zakodować, że chlebak się zamyka. No cóż, nie pierwszy raz a na pewno nie ostatni.
Zazwyczaj czerstwe kromki przeznaczam na "bułkę tartą". Dziś postanowiłam, całkowicie spontanicznie chleb odświeżyć. Zrobiłam ciasto jak na naleśniki, obtoczyłam w nim kromki i usmażyłam na złoty kolor. Coś przepysznego. Lekko suchawy chleb zrobił się miękki i pyszny. Zupełnie inna bajka. 


Copyright © 2014 sylwiitwory , Blogger