W Polsce, obchodzony jest Dzień Edukacji Narodowej , popularnie nazwany Dniem Nauczyciela, który jest dniem wolnym od zajęć lekcyjnych. W szkole Martyny dzieci nie przychodzą na lekcje, ale dla tych uczniów, którym rodzice nie są wstanie zapewnić opieki na ten dzień, zorganizowane są zajęcia na świetlicy. Mówię o dniu 14 października, i przypada on na tę środę. Jest to, podejrzewam, jeden z najbardziej wyczekiwanych dni w roku. Mało kto pamięta o tym, że 14 października powstała Komisja Edukacji Narodowej (była ona wtedy pierwszym ministerstwem oświaty publicznej w Polsce), która powstała z inicjatywy Stanisława Augusta Poniatowskiego, króla polskiego, a było to 14 października w 1773 roku.
Pamiętam jakie ogromne wrażenie, na mnie jako dziecku, wywierał Dzień Nauczyciela. Wszyscy mieliśmy białe bluzeczki, granatowe spódniczki czy też spodenki, rajstopki, pantofelki. Pod kołnierzykiem bluzki, mama zawiązywała mi kokardkę z czarnej atlasowej tasiemki, a głowę zdobił koszyczek z uplecionych włosów. To był dzień, w którym zbieraliśmy się na apelu w szkole z wypiekami na twarzy, bo przyszliśmy wręczyć goździk pani Renatce, naszej wychowawczyni, innym nauczycielom oczywiście też, dla każdego po jednym goździku, kto miał większą fantazję (albo zasobny portfel), to bukiety dla każdego nauczyciela. To był dzień występów, przedstawień. To było naprawdę wielkie święto, tak to przynajmniej ja odczuwałam, myślę, że moje koleżanki i koledzy z klasy też... tylko, że to były trochę inne czasy. Chodziłam do wiejskiej szkoły podstawowej, większość dzieci zanim poszły na lekcje, wydoiło krowy czy też lżej, nakarmiło kury, zrobiło coś pożytecznego w gospodarstwie. Z perspektywy wielu lat, wydaje mi się, że nauczyciele byli w centrum, my byliśmy ich dopełnieniem, nawet jak byliśmy starsi, kończyliśmy 8 klasę, najważniejszy był nauczyciel, i to głównie z nim się żegnaliśmy. Nie było mowy o pyskowaniu do nauczyciela, kiedyś odważył się na to Sławek, w 7 klasie to było, ale na drugi dzień miał tak spuchnięte siedzenie, że przez tydzień taborecik wydawał się dla niego za twardy. Choć jak teraz słyszę z opowiadań, jak dzieci odzywają się do nauczycieli, to te pyskowanie Sławka to tak blado wypada.... Każdy z nas bał się uwagi w zeszycie, gorzej jak nauczycielka była sąsiadką, ale i tak wiadomo, że wszyscy się znali, więc jak nie w tygodniu, to po mszy w niedzielę, wszystko było jasne, co np. taka mała Sylwia wymodziła.... znowu :)
Zawsze się dziwiłam temu, że zanim przyszłam do domu, mama wiedziała o wszystkim. A miała o czym wiedzieć, bo ja byłam raczej niesfornym dzieckiem, które bardziej od dziewczynek wolało towarzystwo chłopców. Tu Agatkę za warkocz pociągnęłam, zjadłam cukierki Zosi, pokazałam język Krysi, ale i chłopcom też się ode mnie dostawało. To ja przewodziłam grupie, która ogołociła jabłoń, w sadzie sąsiadującym ze szkołą. Stałam na wszystkich przerwach w kącie... ale w życiu tak pysznych jabłek nie jadłam.
Jestem ciekawa czy uczniowie nadal jak nauczyciel wchodzi do klasy, to przerywają rozmowy, wstają i w ciszy czekają aż usiądzie? Wtedy odpowiadają "Dzień-do-bry!" i grzecznie zajmują swoje miejsca? A tam pod tą tablicą, długi wskaźnik.... jakby co... teraz to jest już przemoc, i do nauki trzeba było się wziąć, bo potem cała wieś huczała, teraz jest ochrona danych osobowych...
Mogłabym wyliczać tak i wyliczać, wymieniać plusy i minusy, ale jedno jest dla mnie pewne, szkołę za moich czasów a tą teraźniejszą, dzielą lata świetlne, gdzieś po drodze gubiąc wartości, które były, i nadal są mi bliskie....
Myślę, że nie pozwoliłabym aby ze strony nauczyciela spotkało moje dzieci krzywdzące zachowanie, ale jednocześnie ważniejsze od tego, czy zjadło wszystko na obiadek w szkolnej stołówce, jest to, czy rzetelnie wykonywało polecenia, nie przeszkadzało podczas lekcji, odnosiło się z należytym szacunkiem do szkolnego personelu i rówieśników....
Jutro jest Dzień Nauczyciela, a wszystkim wiadomo, że dzień święty się święci :)
Za ten trud nauczania, który w tych czasach nabrał zupełnie innego znaczenia.